Ostatnie Posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenia Kulinarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenia Kulinarne. Pokaż wszystkie posty
VI edycja Food Blogger Fest była dla mnie wyjątkowo udana i to nie tylko ze względu na liczne atrakcje przygotowane przez organizatorów, ale głównie ze względów towarzyskich. Wspólnie z koleżankami z Magazynu Kocioł: Kasią, Olgą i Laurą wybrałyśmy się w ubiegły weekend do Warszawy. Na miejscu dołączyła do nas także Monika, która akurat była na miejscu. A my, jadące z Wrocławia, spędziłyśmy łącznie ponad dziewięć godzin w komunikacji autobusowej lub kolejowej, by móc pojawić się na kulinarnej konferencji... cóż, za poświecenie ;). Atmosfera była wspaniała. W zasadzie czułam się trochę jak na szkolnej wycieczce, ale w sumie nie pamiętam kiedy podróż krajowymi środkami transportu minęła mi tak przyjemnie i szybko, pomimo dość długiego czasu podróży.
 
Jeśli miałabym się skupić na samej konferencji, to muszę przyznać, że tym razem byłam okropnym prelegentem. W zasadzie nie dotarłam prawie na żadną prezentację. Wysłuchałam tylko jednej (i to nie w całości) na temat jadalnych kwiatów. Ale to już nie moja wina, lecz organizatorów. Po prostu za dużo się działo! Wydarzenia i warsztaty towarzyszące, odbywające się w holu pochłonęły do reszty moją uwagę.
 
 
Jak przystało na damy prawdziwej klasy, wraz z kotłowymi koleżankami, dzień rozpoczęłyśmy od whisky... a dokładniej od warsztatów na temat tego zacnego trunku. Osobiście nie przepadam za tym rodzajem alkoholu, ale postanowiłam wybrać się na warsztaty w nadziei, że mój światopogląd i gust ulegnie zmianie, gdy dowiem się czegoś mądrego. Ambasador marki Grant's - Mateusz Zabiegaj przybliżył nam nieco tajniki produkcji bursztynowego, szkockiego trunku, jego historię oraz właściwości.
 
 
Po raz pierwszy miałam okazję spróbować próbek destylatów, które są ze sobą zlewane i łączone w różnych proporcjach tak, aby wytworzyć niepowtarzalną w smaku whisky. Na warsztatach mieliśmy do dyspozycji 4 rodzaje: Grain Whisky, Single Malt 1, Single Malt 2 oraz Single Malt 3, różniące się między sobą aromatem oraz smakiem. Po krótkiej prezentacji wyżej wspomnianych typów przeszliśmy do sesji blendingowej, czyli do zmieszania własnej whisky.
 
 
Trzymając w ręku miarki i menzurki czułam się jak młody alchemik, ale wydaję mi się, że namieszałam całkiem porządną whisky, choć fanem tego trunku nadal nie jestem .;)
 

Po warsztatach rozbijałyśmy się z dziewczynami po kolejnych stoiskach. Zajrzałyśmy na otwarte warsztaty z kuchni orientalnej z Tomaszem Purolem oraz marką Amica. Poczęstowałyśmy się smakołykami od marki Zott, udekorowałyśmy własne torciki od Wedla (mój z mizernym skutkiem...z resztą sami widzieliście, jeśli śledzicie mój profil na Instagramie). Na koniec wpadłyśmy też na kieliszeczek Żubrówki z nowej linii smaków oraz poczęstunek przygotowany specjalnie pod ten rodzaj wódki.
 
 
Wyszłyśmy wzbogacone o nową wiedzę, z pełnymi żołądkami i lekko upojone alkoholem, czyli było naprawdę świetnie! Na kolejną edycję jedziemy na 200%. ;)
W przedostatni weekend stycznia we Wrocławiu odbyły się Dni Australii. Oprócz pokazu filmów w Kinie Nowe Horyzonty odbyły się także wydarzenia towarzyszące. W sobotę miałam przyjemność wziąć udział w warsztatach sommelierskich, połączonych z degustacją wina australijskiego Jacob's Creek. Poprowadziła je Rebekah Richardson - producentka wina i ambasadorka marki.


Podczas spotkania degustowaliśmy 6 gatunków wina (3 białe i 3 czerwone). Wśród nich znalazły się dwa rodzaje przygotowane specjalnie pod upodobania polskich klientów - białe półwytrawne Sauvignon Blanc oraz czerwone półwytrawne Shiraz Grenache, które rzeczywiście najbardziej przypadły do gustu moim kubkom smakowym.

Oprócz szczegółowej charakterystyki każdego wina (dominujące szczepy winogron, wyczuwalne smaki i aromaty) Rebekah pokazała także Australię jako producenta win. Jak się okazuje wcale nie trzeba sięgać po francuskie, czy hiszpańskie trunki, aby napić się dobrego wina, bowiem Australijczycy na przestrzeni lat stali się ekspertami w tej dziedzinie. Australijskie wina wytwarza się ze znanych na świecie odmian winogron, lecz na stałym poziomie - roczniki odgrywają tutaj rolę drugorzędną. Filozofia jaka przyświeca winiarstwu na tym kontynencie zakłada, że wino powinno jak najbardziej oddawać charakter poszczególnych szczepów winogron, uprawianych na konkretnej glebie i w danym klimacie. Jeśli więc na etykiecie butelki znajdziecie odmianę Shiraz, to jest to z pewnością klasyczne wino z Australii. 


Kolejnego dnia miałam okazję wziąć udział w spotkaniu z Karolem Okrasą, który opowiedział o swojej podróży do Australii oraz o daniach jakie miał okazje próbować i przygotowywać. Jego opowieści przeplecione były pokazem gotowania na żywo oraz degustacją. Na stół wjechały więc australijskie potrawy, zaadaptowane pod nasz polski rynek spożywczy. Moim zdaniem to duża zaleta, no bo gdzie ja kupię liście bananowca albo barramundi (najpopularniejszą australijską rybę). 


Obfity poczęstunek połączony był również z tastingiem win, podczas którego mistrz Polski sommelierów Tomasz Kolecki-Majewicz podzielił się swoją wiedzą na temat łączenia wina z posiłkami. Tak jak się spodziewałam wina, które nie smakowały mi zbytnio na warsztatach sommelierskich, podczas posiłku okazały się znakomite. W trakcie jedzenia wykonaliśmy nawet eksperyment polegający na kosztowaniu danego gatunku wina przed oraz po zjedzeniu potrawy. Polecam wypróbować to w domu, jeśli macie opory przed wypiciem wytrawnego wina, schowanego gdzieś w głębi barku. Podczas jedzenia z wina wydobywają się zupełnie inne aromaty. Cierpkość znika, a wszystkie smaki doskonale łączą się ze sobą. Od siebie powiem, że nigdy nie byłam fanką wytrawnych win, aczkolwiek po tych warsztatach nieco zmieniłam swoje podejście. 
    

Jeśli chodzi o samą kuchnię australijską, to jak dotąd była mi zupełnie obca. Szczerze mówiąc, kojarzyła mi się ze zjadaniem kangurów i innych orientalnych stworzeń. To bardzo powierzchowna ocena i bardzo cieszę się, że miałam okazję zmienić swój pogląd na tą kuchnię. Początkowo dominujące w kulinariach Australii były wpływy angielskie tj. pieczone mięsa, kotlety z rusztu lub warzywa (najczęściej zwane three veg - trzy warzywa). Aktualnie dużą rolę odgrywają także wpływy azjatyckie (tajskie, chińskie, japońskie) oraz inne kuchnie śródziemnomorskie (włoska, francuska). To co najlepsze w australijskim gotowaniu, to fakt wydobywania bogactwa smaków z tamtejszych świeżych produktów, choćby owoców morza, których Australia ma naprawdę pod dostatkiem.


Po wysłuchaniu wszystkich ciekawostek z odległego kontynentu przeszliśmy do degustacji. Rozpoczęliśmy od vegemite, którą Karol Okrasa przywiózł ze swojej podróży do Australii. Jest to pasta na bazie wyciągu z drożdży. Podaje się ją najczęściej z pieczywem i tak też ją próbowaliśmy. Ciężko określić mi jej smak. To coś pomiędzy sosem sojowym i maggi. Jest mocno słone, dziwne. Raczej nie zostanę jego wielbicielką, aczkolwiek Australijczycy je uwielbiają. 


Następnie na stole pojawiły się przekąski: sałatki, łosoś, tarta z grillowanymi three vegs, karmelizowanym kozim serem oraz sosem z rukoli. 


Kolejny był makaron z krewetkami i  sosem z homara. To danie podbiło moje serce i bardzo chętnie powtórzyłabym je w domu. Ubolewam tylko nad faktem, że zakup homara jest tak bolesny dla mojego studenckiego portfela. Ale może kiedyś...  Ciekawym daniem była też barramundi z azjatyckimi przyprawami, pieczona w liściach bananowca. Jako, że Polska ze względu na klimat nie dysponuje takimi składnikami, Karol zaproponował inne, najbardziej zbliżone właściwościami do australijskich odpowiedników. I tak na stołach pojawił się okoń pieczony w liściach kapusty. Bananowiec pojawił się na talerzu tylko jako nieobowiązkowa dekoracja potrawy :)


Gwoździem programu była jagnięcina z ziemniakami, sosem na bazie z wina Jacob's Creek oraz sałatką z pieczonych buraków. Po prostu niebo w gębie. Okrasa jest dla mnie mistrzem sosów. Podczas live cookingu prezentował ich kilka i każdy z nich był absolutnie obłędny.


Na deser zaś pojawiła się Pavlova, która jest królową australijskich deserów. Jej nazwa pochodzi od nazwiska rosyjskiej baletnicy Anny Pawłowej. Podobno torcik bezowy, który obecnie znamy, został po raz pierwszy przygotowany podczas jej pobytu w australijskim Perth.


Słodkości zakończyły to pyszne i inspirujące spotkanie, które od początku miało formę przyjęcia przygotowanego przez Karola Okrasę. On sam kilkakrotnie podkreślał, że mamy się czuć jak u niego w domu na obiedzie. Mimo, że sama nie gotowałam, absolutnie nie mam nic przeciwko, ponieważ jedzenie było przepyszne, a sam Karol był bardzo charyzmatyczny i dowcipny. Godzinami można słuchać jak opowiada o potrawach. 

To moja druga wizyta na Food Blogger Fest. Tym razem było równie sympatycznie jak poprzednio, aczkolwiek czegoś brakowało mi w tym spotkaniu. Mam wrażenie, że poprzednia edycja miała lepiej zorganizowany program tj. warsztaty nie kolidowały z prelekcjami. Poza tym zabrakło elementu "wow", który towarzyszył mi podczas pierwszej wizyty. Niemniej jednak bardzo cieszę się, że mogłam zobaczyć wszystkie znajome twarze z odległych zakątków Polski, a także poznać całkiem nowe osoby z naszego kulinarnego półświatka :).


Wykładowo.
Konferencja rozpoczęła się od wystąpienia Beaty Łukasiewicz z Brand24, która opowiedziała o monitoringu Internetu. Następnie Kasia z Cook it Lean pokazała jak zgłębić tajniki fotografii kulinarnej. Jak dla mnie była to jedna z lepszych prezentacji. Wciąż staram się poprawiać swoje zdjęcia, a Kasia zwróciła uwagę na kilka istotnych kwestii w tym temacie. Na kolejne prelekcje niestety nie było dane mi pójść, ponieważ brałam udział w warsztatach kulinarnych odbywających się w tym samym czasie. Prezentacji było jeszcze kilka, m.in. Gienio Miętkiewicz opowiedział o serach zagrodowych, natomiast Piotr Kucharski przybliżył temat wypieku chleba, który jest bohaterem jego nowo wydanej książki. Bardzo się cieszę, że udało mi się wrócić na wystąpienie Pawła Lorocha z jemradio.pl. To bardzo ciepły człowiek i naprawdę można słuchać go godzinami. Tak też po konferencji stałam się fanką kulinarnego radia.


Warsztatowo.
W konkursie przeprowadzonym przez organizatorów FBF udało się zdobyć wyróżnienie, zatem znalazłam się w gronie 15 szczęśliwców, którzy załapali się na warsztaty kulinarne. Tematem przewodnim spotkania były bakalie, które użyczył sponsor - marka Bakalland. Przez około dwie godziny gotowaliśmy pod czujnym okiem Andrzeja Polana. Mieliśmy także okazję poznać ambasadorkę marki Bakalland - Kasię Bujakiewcz, która opowiedziała o swoich podróżach z egzotycznych zakątków świata m.in. plantacji żurawiny.
 
kasia bujakiewicz

Na warsztatach gotowaliśmy podzieleni na pięć zespołów. W menu znalazły się obwarzanki krakowskie z twarożkiem morelowym, grzanki z boczkiem i żurawiną, łosoś smażony z brukselką, tarta malaga oraz mięsne szaszłyki ze śliwką. Mojemu zespołowi trafiło się mięsko, z czego szczególnie zadowolony był mój Połówek, bo oprócz robienia mi zdjęć, jako pierwszy miał okazję degustować szaszłyk :). 
 
andrzej polan

Kulinarnie.
Jak zawsze organizatorzy zadbali także o nasze żołądki. Mimo, że przez warsztaty przegapiliśmy lunch, to zdecydowanie nie wyszliśmy głodni. Wręcz przeciwnie. Miłym akcentem, który doskonale dopełniał blogerskie pogawędki był także mocno schłodzony cydr. :) Jednak jak zawsze gwiazdą kulinarnych stoisk był Wedel, od którego każdy uczestnik konferencji otrzymał czekoladową butelkę. Ową butelkę każdy mógł też udekorować jadalnymi farbkami pod czujnym okiem Państwa Profus. Początkowo miałam pewne opory, bo moje zdolności manualno-plastyczne są raczej niewielkie, ale w końcu i ja stworzyłam swój malunek. Jak Wam się podoba? 

smakiem pisany
 
Na zakończenie podaję przepis na danie, przy którym pracowałam na warsztatach:
Szaszłyki z mięsa mielonego ze śliwkami

szaszłyki z mięsa mielonego ze śliwką

Składniki:
  • 500 g mięsa mielonego z szynki
  • 2 łyżki stołowe bułki tartej
  • 100 g suszonych śliwek
  • 1 opakowanie boczku wędzonego w plastrach
  • 1-2 cebule
  • oliwa do smażenia
  • sól, pieprz
Przygotowanie:
Cebulę obieramy, kroimy w kostkę i szklimy na złoty kolor. Mięso łączymy z przesmażoną cebulą, solą oraz pieprzem. Dodajemy bułkę tartą. Dokładnie wyrabiamy jednolitą masę. 

Na patyczki od szaszłyków nabijamy śliwki, obtaczamy w mięsie i owijamy plastrami boczku. Gotowe szaszłyki smażymy lub pieczemy w piekarniku na złoty kolor.  Podajemy w całości lub ściągamy z patyczków i kroimy w grube plastry. 

Smacznego!
Dzień po Finale BlogerChef odbył się także Piknik Kulinarny. Już w zeszłym roku miałam okazję brać udział w tej imprezie (relacja tutaj) i byłam bardzo zadowolona. Po raz kolejny organizatorzy dopięli wszystko na ostatni guzik, tak więc nie zabrakło ciekawych warsztatów kulinarnych, interaktywnych pokazów oraz doświadczonych szefów kuchni. 


6-go lipca okolice Hotelu Windsor zamieniły się "w mini miasteczko", pełne namiotów i atrakcji dla blogerów oraz gości z zewnątrz. Przyznam szczerze, że po zmaganiach finałowych oraz długiej wieczornej integracji w hotelowym barze ciężko było mi się zwlec z łóżka w niedzielny poranek, aby punktualnie pojawić się na pikniku.



Jako, że w tym roku niektóre wydarzenia piknikowe odbywały się równocześnie, postanowiłam robić rundki pomiędzy różnymi stanowiskami. Swoją trasę rozpoczęłam od naładowania baterii przy kawie od De Longhi oraz degustacji przepysznych, ręcznie robionych lodów od Patiserki. 


Wraz z upływem czasu, kiedy temperatura sięgała już 30 stopni kilka razy zjawiłam się przy stanowisku Browaru Amber, aby degustować i ugasić pragnienie różnymi rodzajami piwa. Przy okazji pikniku swoją premierę miało sezonowe piwo o smaku kwiatów czarnego bzu - bardzo smaczne i orzeźwiające.  


Kolejnym punktem był interaktywny pokaz Dawida Pietrasza, który pokazał jak przy użyciu produktów Ole! przygotować ekskluzywne, bankietowe przekąski typu finger food. Po raz drugi dane mi było obserwować perfekcję wykonania tychże smakołyków, bowiem podobny pokaz był atrakcją na pierwszym półfinale BlogerChef, w którym brałam udział. 



W tym samym czasie obywał się pokaz Jerzego Pasikowskiego oraz gotowanie Przyjaciół Marki Winiary. Spod ich rąk wyszły rozmaite dania  m.in. grillowana rybka, sałatki oraz terrina paprykowa z grillowanymi warzywami. 


Na pikniku nie mogło zabraknąć także słodkości. Na warsztatach wypieków wraz z Piotrem Chyraleckim przygotowaliśmy znakomite czekoladowe suflety z sezonowymi owocami oraz jadalną ziemią z białej czekolady. 




W czasie kiedy ja udałam się na warsztaty wypieków, inni gotowali wraz z Markiem Mocnym oryginalne potrawy na bazie Piwa z Browaru Amber, bądź też samodzielnie grillowali steki z Sokołowem. 



Podobnie jak w zeszłym roku, przy okazji pikniku odbyło się rozstrzygnięcie konkursu herbacianego, tym razem sygnowanego marką Posti. Zadaniem uczestników konkursu było przygotowanie deseru z herbatką z mięty lub herbatką z melisy. W efekcie powstało mnóstwo słodkich smakołyków, a zmagania wygrała Daria Diering za przepis na ciasto bananowo-czekoladowo-miętowe. :)



Na koniec odbył się pokaz Jana Kuronia, który wraz z marką Fit&Easy przygotował fanastyczne zielone menu, czyli sałatki i zupę ze szpinaku i soczewicy. 


Uzupełnieniem całego dnia były czekoladowe warsztaty z Piotrem Chyraleckim, gdzie powstały znakomite praliny oraz tabliczki czekolady z rozmaitymi dodatkami. Zabawa była przednia - ręce po łokcie w czekoladzie, umorusane buzie, pochlapane fartuszki... oj było bardzo czekoladowo :).



Cały weekend, zarówno dzień finałów, jak i piknik były po prostu wspaniałe. Nie sposób opisać to słowami, trzeba pojechać i zobaczyć na własne oczy. Podkreślam to na każdym kroku, że BlogerChef, to nie tylko konkurs - to ludzie, spotkania, pasja, nowe znajomości i wspaniała zabawa. 


Bardzo się cieszę, że zaryzykowałam i wzięłam udział w BlogerChefie oraz w wydarzeniach mu towarzyszących. To przygoda i pamiątka na całe życie, dlatego w tym miejscu chcę ogromnie podziękować organizatorom: Kasi Szatkowskiej i Markowi Bielskiemu - bez Was ten konkurs po prostu by nie istniał, a także całej ekipie BlogerChefa, która przez wiele miesięcy uwijała się, aby ten kulinarny event wypadł jak najlepiej. Jeszcze raz dzięki i mam nadzieję, do zobaczenia w przyszłym roku :).


*   *   *
Zdjęcia udostępnione przez BlogerChef oraz Agnieszkę Gogolewską.

Czas, by powstała także i moja relacja z Wielkiego Finału II edycji konkursu BlogerChef. Większość uczestników swoje wrażenia już dawno opublikowała na blogach, ja zaś jestem spóźniona. Bez bicia przyznam, ze lipiec od samego początku jest dla mnie miesiącem pełnym wrażeń. Rozjady, wyjazdy, spotkania z przyjaciółmi, popołudnia nad jeziorem - jakoś w tym wszystkim daleko mi było do komputera, a nie chciałam tejże relacji pisać w pośpiechu. Dzisiaj jednak nastał ten dzień, w którym poznacie Finał BlogerChef także z mojej perspektywy :).


Jak dobrze pamiętacie, udało mi się zwyciężyć w pierwszym półfinale tegoż konkursu (relacja tutaj), stąd znalazłam się w grupie pięciu finalistów. Jako, że półfinał, w którym brałam udział odbywał się w styczniu, mój czas oczekiwania na starcie finałowe był najdłuższy. I tak mijały sobie dni, tygodnie, a nawet miesiące, w których towarzyszyły mi fale ekscytacji i stresu zarazem. Moje danie choć z pozoru proste, okazało się być bardzo czasochłonne, tak więc przed Wielkim Finałem skrupulatnie ćwiczyłam walkę z czasem, aby zmieścić się w magicznych 60 minutach. W końcu nastał ten dzień, w którym jedzenia wątróbki miałam już serdecznie dość, a budzik został nastawiony na godz. 3:00 - czas ruszyć w drogę na Wielki Finał.

Do kompleksu hotelowo-restauracyjnego Windsor Palace Hotel**** dotarliśmy z moim Połówkiem na godzinę przed finałowym gotowaniem. Bez dwóch zdań urzekła nas piękna okolica nad Zalewem Zegrzyńskim oraz bajkowy wygląd samego hotelu. 


  
Na wstępie organizatorzy: Kasia Szatkowska (blog W Krainie Smaku) oraz Marek Bielski (program Doceń Polskie) oficjalnie przywitali wszystkich gości, przypomnieli zasady rundy finałowej oraz przedstawili jury w składzie: Mirek Drewniak (autor i publicysta tematyki gastronomicznej w Polsce, obecnie szef kuchni w Restauracji „Dworek” w Bielsku-Białej, przewodniczący jury), Marek Godlewski (szef kuchni Hotelu Windsor) oraz Tomasz Szymański (ekspert branży gastronomicznej). 



Standardowo, jak w każdym półfinale swoje zmagania rozpoczęliśmy testem wiedzy kulinarnej. 


Następnie odbyła się pierwsza runda gotowania, gdzie w ciągu godziny wraz z innymi uczestnikami przygotowaliśmy swoje dania pokazowe. Ja przygotowałam wątróbkę drobiową z wiśniami, z puree ziemniaczano-jabłkowym w towarzystwie sosu czekoladowego. Wyrobiłam się w regulaminowym czasie i niczego nie zepsułam. Moja propozycja smakowała członkom jury, zatem z opracowanego przepisu mogę być w pełni zadowolona. ;)



Moi "rywale" bardzo wysoko podnieśli poprzeczkę w pierwszej rundzie, bowiem przygotowali dania, których częściowo nigdy w życiu nie jadłam.
 
Anna Kosterna-Kaczmarek (blog Czosnek w pomidorach) przygotowała sezonowany stek rib-eye z sosem z wątróbek z czerwonymi porzeczkami.


Joanna Kozłowska (blog Na cztery widelce) podała comber jagnięcy z sosem figowym-porto, puree z groszku i pietruszki w towarzystwie sezonowych warzyw.


Paweł Urbański (blog Kuchnia Słonia) uraczył jury wielkopolską perliczką w zatarze z jadalną ziemią.


natomiast Karolina Żelasko (blog Kuchnia Smakoszy) przyrządziła kopytka z bobu z sosem miętowo-bazyliowym.


Jak widać na załączonych obrazkach - wszystko pięknie podane i apetyczne, ale na tym nie koniec... Zaraz po wyserwowaniu pierwszych dań wystartowaliśmy z rudną drugą, która polegała na zaimprowizowaniu dania ze składników z tzw. czarnej skrzynki i ograniczonej puli innych składników.



Powiem szczerze, że spodziewałam się różnych rzeczy i gdy moim oczom ukazały się dwa obowiązkowe składniki w postaci imbiru Appetita oraz suszonej żurawiny Bakalland miałam w głowie totalną pustkę. 


W tej rundzie zdecydowanie zjadł mnie stres, bowiem nie wiedziałam co robię, co gotuję, ani z czym to podać. Jednak z upływem czasu na moim stanowisku powstawały kolejno różne elementy, które na talerzu skomponowały bardzo smaczne danie. 


 
W pocie czoła i totalnym amoku przygotowałam wołowinę i purée marchewkowo-imbirowe, które podałam z dodatkiem ryżu jaśminowego oraz sosem żurawinym. Oceny jury także i przy tym daniu były przychylne. Myślę, że owa wołowina (którą przygotowałam pierwszy raz w życiu) zapewniła mi miejsce na konkursowym podium.


Po kulinarnych zmaganiach odetchnęłam z ulgą i pomimo zmęczenia postanowiłam uczestniczyć w wyjątkowych warsztatach kulinarnych – z syfonami gastronomicznymi iSi w roli głównej. Spotkanie poprowadził Adam Michalski, który pokazał jak przygotować m.in. espumę serową, oliwę smakową, piankowe tiramisu czy deser z gruszkami i orzechową śmietanką.



Wieczorem odbyła się uroczysta kolacja i ogłoszenie wyników. Nie liczyłam na najwyższe miejsca na podium, lecz mimo wszystko zastanawiałam się jak mi poszło. Ostatecznie udało mi się zająć trzecie miejsce, z którego jestem bardzo zadowolona. :) 


Tytuł BlogerChef przypadł Pawłowi Urbańskiemu, natomiast Anna Kosterna-Kaczmarek zajęła II miejsce. Wyniki były sprawiedliwe i w pełni zasłużone, bowiem Ania i Paweł odwalili kawał dobrej roboty, a ich dania można by serwować w naprawdę wykwintnych restauracjach. 


Po uroczystej kolacji, dodatkową atrakcją był pokaz i degustacja jadalnych owadów. Osobiście skusiłam się na prażone larwy mączniaka oraz  smażone  świerszcze z chili. 


Larwy wydawały się nieco straszne, ich widok (jeszcze żywych na patelni) nie zachęcał do konsumpcji, ale co tam... jak to mówią raz się żyje! Ostatecznie larwy nie przyniosły mi spektakularnych doznań smakowych (ani to dobre, ani niedobre). Natomiast świerszcze okazały się absolutnym hitem. Ich przekąszanie porównałabym do chrupania chipsów lub innych słonych przekąsek - naprawdę polecam! Odważniejsi spróbowali także skorpionów i karaczanów z dipem śliwkowym. Mnie jakoś one nie przekonały, ale może kiedyś...  



Jeśli kogoś nie interesowała degustacja insektów, mógł udać się do drugiej części sali, gdzie odbywało się kulinarne show kucharzy Marka Godlewskiego i Tomasza Szymańskiego. Panowie przygotowali niebanalne zupy m.in: krem z pieczonych buraczków i jabłek oraz żurek z awokado i pokrzyw.



Po dniu pełnym wrażeń nadszedł czas na wspólną integrację i zabawę do białego rana, ale o tym już pisać nie będę :))



Zdjęcia udostępnione przez BlogerChef, Agnieszkę Gogolewską oraz Bielska Photography.