Ostatnie Posty

Początkowo wrzesień przywitał nas pięknymi promieniami słońca, lecz teraz za plecami zdecydowanie czuć już oddech jesieni. Powoli ze straganów znikają wszystkie letnie owoce, a ich miejsce zajmują inne okazy, w tym także niektóre warzywa. Nie wiem jak u Was, ale u mnie aktualnie królują bakłażany. Są piękne i dorodne, z błyszczącą skórką...aż żal nie ich nie kupić. W sezonie na bakłażany chętnie wracam do gruzińskiej kuchni, bowiem można w niej znaleźć naprawdę wiele inspiracji na ich przygotowanie. Dzisiaj natomiast klasyka - roladki z bakłażana z pastą orzechową i pestkami granatu. Bardzo proste i wyraziste... po prostu znakomite!


Składniki:
  • 1 bakłażan
  • 1 szklanka orzechów włoskich
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 ostra papryczka chili
  • 1 gałązka cząbru (tylko listki)
  • 1 gałązka bazylii (tylko listki)
  • 1 gałązka tymianku (tylko listki)
  • ⅓ łyżeczki mielonej kolendry
  • 1 łyżka octu z białego wina
  • pestki granatu do posypania 
  • sól morska 
  • pieprz mielony 
Przygotowanie:
pBakłażana myjemy i kroimy wzdłuż na cienkie plastry, posypujemy solą, odstawiamy na 10 minut, następnie płuczemy pod zimną wodą, aby straciły gorycz. Na patelni rozgrzewamy 1 łyżkę oliwy i smażymy plastry bakłażana z obu stron, do momentu aż będą mocno rumiane. Bakłażany zdejmujemy na papierowy ręcznik i odsączamy nadmiar oliwy, odstawiamy do ostudzenia.

W tym czasie orzechy, czosnek, zioła, papryczkę chili i 2 łyżki oliwy z oliwek rozcieramy w blenderze lub w malakserze na gładką pastę. Dodajemy przyprawy oraz ocet winny i dokładnie mieszamy. 

Przed podaniem ostudzone plastry bakłażana smarujemy pastą orzechową, zwijamy roladki, posypujemy pestkami granatu. Podajemy na ciepło lub na zimno.

Smacznego!


Ten oraz inne przepisy na smaczne wykorzystanie bakłażana znajdziecie w trzynastym numerze Magazynu Kocioł. Gorąco zachęcam Was do lektury! (kliknij na okładkę, aby przejrzeć magazyn).



Faro to miasto położone na południowym wybrzeżu Portugalii, w rejonie Algarve. Jest to miejsce, które darzę ogromnym sentymentem ze względu na półroczny pobyt na Erasmusie. W poniższym poście postanowiłam zebrać moje doświadczenia i podzielić się z Wami praktycznymi informacjami na temat Faro, jego kuchni, zabytków, plaż itp.


Niebywałą zaletą Faro jest jego rozmiar. Całą miejscowość można bez problemu zwiedzić na piechotę, zapuszczając się na spacer jej wąskimi uliczkami. Najciekawszą, a zarazem najbardziej urokliwą dzielnicą jest Stare Miasto (Cidade Velha), otoczone murem, wzniesionym przez Maurów jeszcze w IX w, a także okolice mariny, która szczególnie pięknie wygląda o zachodzie słońca. 


Z mariny na Stare Miasto można się dostać przez zabytkową bramę Arco dl Vila


Innymi godnymi uwagi miejscami są Targ Miejski (Mercado Municipal), gdzie o poranku sprzedawane są świeże ryby, owoce morza oraz inne lokalne przysmaki, a także plac katedralny (Largo da Se), gdzie wśród pachnących drzew pomarańczy znajduje się katedra od której plac wziął swoją nazwę – Sé Catedral de Faro


Nieopodal znajduje się Convento Nossa Senhora da Assuncao, czyli klasztor klarysek pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.


Jest to renesansowy kompleks z bardzo ładnym dziedzińcem wewnętrznym, który stanowi obecnie Miejskie Muzeum Archeologiczne (Museo Municipal). 


Mnie z kolei najbardziej w pamięć zapadł Kościół Naszej Pani z Carmo (Igreja do Carmo).


A w szczególności znajdująca się w środku Kaplica Kości (Capela dos Ossos), której ściany wyłożone są kośćmi i czaszkami mnichów, wydobytymi z pobliskiego cmentarza klasztornego. 


Ścisłe centrum jest na tyle niewielkie, że naprawdę polecam po prostu zbłądzić i pokręcić się po otaczających tą okolice uliczkach. Spacerować i obserwować lub przysiąść w kawiarnianym ogródku, by móc choć trochę podglądnąć życie portugalskiej ulicy. 


A trzeba przyznać, że zdecydowanie jest co obserwować :). Portugalczycy wybywają z domu dość wcześnie, zanim z nieba zaczyna lać się żar. Jeszcze przed pracą znajdują chwilę, by delektować się łykiem czarnej kawy, słodką bułką lub rogalikiem przy przeglądzie porannej prasy, bądź podczas krótkiej pogawędki ze znajomymi. I choć właściciele lokali zdecydowanie nie muszą narzekać na brak ruchu przez cały dzień, to szczególne zagęszczenie można zaobserwować w porze obiadowej lub wieczorami. Lokale gastronomiczne są dla Portugalczyków nie tylko oazą i schronieniem od słonecznego skwaru, ale i ważnym punktem dnia, niejako wpisanym w samą kulturę.

Ogród Alamedy
Oddalając się od głównych uliczek i deptaku warto zajrzeć do Ogrodu Alamedy (Jardim da Alameda), który ze względu na dużą ilość roślinności jest dobrym schronieniem przed upałami. Jest to ogród publiczny, bez biletowanego wstępu. Oprócz leśnego zagajnika, malowniczych alejek i fontann, w ogrodzie znajdują się zwierzęta m. in papugi oraz króliki, a także spacerujące wolno pawie. 


Z kolei szukając miejsca na obiad, w Faro, podobnie jak w innych portugalskich miastach można się natknąć na różnego rodzaju lokale: tascas (niewielkie bistra), cervejarias (piwiarnie, gdzie dostępne jest również coś na ząb), churrasqueria (restauracje podające smakołyki prosto z grillowego rusztu) oraz marisqueria (gdzie specjalnością są ryby i owoce morza. Większość lokalnych knajpek nie posiada stałego menu i codziennie serwuje inne potrawy. Z własnej obserwacji mogę Wam powiedzieć, że nawet jeśli stała karta dań jest obecna, to w lokalu mimo wszystko zazwyczaj pojawia się tzw. menu do dia lub prato do dia (menu dnia/potrawa dnia). 

Ściana jednej z wielu restauracji w Faro, przyozdobiona ręcznie malowanymi kafelkami (pt. azulejos)
Jestem fanką tego rozwiązania, dlatego podczas pobytu w Faro, bardzo upodobaliśmy sobie z moim Połówkiem jedno miejsce. Take Away Restaurante - "O Seu Manjar" przy Praceta de Sao Tomé 14b, to mały lokal położony z dala od turystycznych ścieżek, usytuowany między blokami, na jednym z osiedli niedaleko od miejsca, w którym wynajmowaliśmy mieszkanie. Z zewnątrz knajpka wygląda bardzo zwyczajnie, rzekłabym że nawet nieco obskurnie. 


Ale polubiliśmy to miejsce, jego właścicielkę Christinę (zawsze mającą w zanadrzu wiele ciekawych opowieści), jej psa Tito oraz sympatyczną kelnerkę odpalającą papierosy jeden za drugim, nie umiejącą ni w ząb angielskiego, ale zawsze uśmiechniętą i skrupulatnie zapisującą nasze zamówienie. Przystępne w lokalu były również ceny: 5,5 € za menu dia, składające się dania głównego (mięsnego lub rybnego), małej sałatki, napoju (piwa lub świeżo wyciskanego soku z pomarańczy) deseru oraz kawy. Dla przeciętnego Erasmusa to naprawdę zacny zestaw, w bardzo rozsądnej cenie. Jedliśmy tam wiele rzeczy, nie zawsze miałam ze sobą na miejscu aparat, więc opowiem tylko o kilku potrawach. 

- Bacalhau espiritual (pl. dorsz uduchowiony/duchowy) - zapiekanka z portugalskiego solonego dorsza, z dodatkiem cebuli i marchewki, zapieczona zazwyczaj pod beszamelem lub sosem z tłustej śmietany. Podobno określenie "duchowy", wzięło się stąd, że po spróbowaniu potrawy nie ma możliwości by jeść i jednocześnie nie wzdychać, myśląc, że potrawa jest boska


- Bitouque - stek (najczęściej wołowy) w sosie, serwowany z jajkiem sadzonym, frytkami oraz ryżem

- Serradura (pl. trociny) - deser przygotowywany z pokruszonych ciastek, słodkiej śmietany oraz mleczka skondensowanego. Jego nazwa pochodzi od pokruszonych na pył ciasteczek, które stanowią ważną część deseru. (zobacz przepis)
- Baba de camelo - kremowy i aksamitny pudding karmelowy, którego bazą są kajmak oraz ubite jajka (zobacz przepis)


- Torta ovo (tora de laranja) - słodka rolada pomarańczowa, zamiennie nazywana jajeczną ze względu na dużą ilość jajek użytych w przepisie. Wypiek ten wyróżnia się bardzo małą ilością mąki lub często jej całkowitym brakiem. Jest to bardzo słodkie, wilgotne ciasto, warte spróbowania choć osobiście nie zostanę jego zagorzałą fanką. 


Oczywiście Faro, jako miejscowość położona na wybrzeżu ma rewelacyjny dostęp do ryb i owoców morza. Tutaj także zamówicie wspaniałe grillowane sardynki, potrawki z małżami lub ośmiornicą czy też bacalhau serwowane na milion sposobów. (zobacz więcej informacji o portugalskiej kuchni). 

Płaty suszonego dorsza (bacalhau)
No dobrze, ale jesteśmy w końcu nad oceanem, więc zapewne zapytacie co z plażą? Otóż, w okolicy Faro znajdują się trzy główne plaże. Na jedną z nich - Ihla de Faro, znajdującą się nieopodal lotniska (czyli jakieś 7 km od centrum Faro) można dostać się podmiejskim autobusem. Pozostałe dwie plaże (Ilha do Farol oraz na Ilha Deserta) znajdują się na wysepkach, więc aby je odwiedzić, w obu przypadkach musimy skorzystać z promów. 


Dotarcie do niektórych plaż może być nie lada wyzwaniem, ponieważ Faro i jego okolice otoczone są terenami należącymi do Rio Formosa, ogromnego Parku Narodowego, składającego się z systemu torfowisk, rozlewisk oraz kanałów, gdzie można obserwować dziką przyrodę. 


Obejmuje on odcinek wybrzeża rozciągający się między miastami Faro i Tavira. Takie niezwykłe ukształtowanie terenu sprawia, iż wybrzeże Algarve, w tym także samo Faro, oddzielone jest od Oceanu Atlantyckiego pasmem lagun, obejmujących łączną powierzchnię 170 km kw. 


Aby móc w pełni podziwiać uroki Rio Formosa najlepiej wybrać się na wycieczkę promem. W porcie Faro znajdziecie wiele kursów do sąsiednich miejscowości i plaż sąsiednich plaż (często osiągalnych wyłącznie drogą morską). 


W tym miejscu jednak przestrzegam, nie dajcie się naciągnąć. Pierwsze, co wpadnie Wam ręce to broszurki z turystycznych i wycieczkowych rejsów w cenie około 30 € za kurs w obie strony. Równie przyjemny będzie rejs promem, z którego korzystają na co dzień lokalni mieszkańcy (ok. 5,4 € za kurs w obie strony). Faunę i florę rezerwatu można podziwiać też od strony lądu, udając się do Olhão, ale o tym opowiem już w innym poście, bo troooochę się rozpisałam. ;)

Muffiny i ciasto bananowe to moje dwa ulubione wypieki. Lubię je ze względu na prostotę wykonania i wspaniały smak. Można powiedzieć, że to typowy comfort food, bo nie wymaga wielkiego nakładu pracy i zawsze się udaje. Muffiny bananowe piekłam już chyba milion razy, lecz zawsze znikały zanim zdążyłam zrobić im zdjęcia. Nic w tym dziwnego, ponieważ są wilgotne, aromatyczne, bananowe w smaku i w dodatku nadziane czekoladą. Jeśli nigdy ich nie piekliście, koniecznie musicie nadrobić zaległości.  ;)

muffiny bananowe z czekoladą

Składniki:
(na 14 babeczek)
  • 3 banany
  • 1 jajko
  • ¾ szklanki cukru
  • ⅓ szklanki roztopionego masła, ostudzonego
  • 1½ szklanki mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • szczypta soli
  • 1 tabliczka gorzkiej czekolady, posiekana lub szklanka groszków czekoladowych

Przygotowanie:
Banany obieramy i ugniatamy widelcem lub tłuczkiem do ziemniaków na gładką papkę. Dodajemy jajko, cukier, sok z cytryny oraz roztopione masło, dokładnie mieszamy. Do osobnej miski przesiewamy mąkę, dodajemy proszek do pieczenia, sodę oraz szczyptę soli. 

Suche składniki dodajemy do mokrych. Mieszamy łyżką do połączenia składników. Na koniec dodajemy posiekaną czekolady, ponownie mieszamy. 

Ciasto wykładamy do silikonowych foremek na muffiny, do około ¾ wysokości. Babeczki pieczemy 20-25 minut w temperaturze 170 stopni.

Smacznego!

babeczki bananowe z czekoladą
Tak się jakoś składa, że nie przepadam za wiśniami w wersji solo. O ile w przypadku truskawek, jeżyn, czy malin trzeba mnie siłą odciągać od miski, żebym ich nie zjadła, tak wiśnie mogą spokojnie czekać na moment, w którym wylądują w jakimś smakowitym przepisie. Choć za wiśniami na surowo nie przepadam, to gdybyście mnie zapytali jaka jest moja ulubiona konfitura, odpowiem - wiśniowa! Najlepszy kompot? - Wiśniowy! Puszystym plackiem z wiśniami, nalewką lub lodami wiśniowymi też nie wzgardzę. Ba...nawet zjem z dokładką ;). I zapewne nie odkryję przed Wami Ameryki, gdy powiem Wam, że wiśnie doskonale komponują się z czekoladą, a to zdecydowanie moje ulubione połączenie smakowe, stąd właśnie przepis na ciasto poniżej ;).
 
Ciasto czekoladowe z wiśniami
 
Składniki:
ciasto czekoladowe:
  • około 300 g wiśni
  • 200 g masła, w temperaturze pokojowej
  • 200 g cukru pudru
  • 4 jajka
  • 200 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 3 łyżki kakao
  • 70 g gorzkiej czekolady, drobno posiekanej
wierzch:
  • 200 g śmietany 36%
  • 2 łyżki stołowe cukru pudru
  • około 200 g wiśni
Przygotowanie
Wiśnie (300 g + 200 g) drylujemy, przekrajamy na pół. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Dno okrągłej tortownicy lub okrągłej formy o średnicy 26 cm wykładamy papierem do pieczenia, odstawiamy.
 
Do dużej miski przesiewamy mąkę z proszkiem do pieczenia i kakao, dokładnie mieszamy, odstawiamy. Do miękkiego masła dodajemy cukier puder, ubijamy mikserem na puszystą i jasną masę. Potrwa to około 5 - 7 minut. Nie przerywając ubijania dodajemy kolejno po jednym jajku, robiąc kilkusekundowe przerwy przed dodaniem kolejnego.
 
Następnie zmniejszamy obroty miksera do średnich, dodajemy partiami suche składniki (mąkę, z proszkiem do pieczenia i kakao) aż do ich wyczerpania. Miksujemy kilkanaście sekund po dodaniu każdej kolejnej porcji suchych składników. Gdy masa dokładnie się połączy, dodajemy posiekaną czekoladę i całość mieszamy łyżką. 
 
Ciasto przekładamy do tortownicy lub okrągłej formy, wyrównujemy powierzchnię, na wierzchu wykładamy wiśnie, delikatnie wbijając je w ciasto. Całość wstawiamy do piekarnika, pieczemy ok. 45 minut lub do tzw. do suchego patyczka (temp. 180 stopni). Wyjmujemy z piekarnika, studzimy na kratce do pieczenia.
 
Po ostudzeniu ciasto dekorujemy bitą śmietaną, przygotowaną z 200 g śmietany 36%, ubitej na sztywno z dwoma łyżkami cukru pudru. Na wierzchu wykładamy połówki wiśni. Ciasto przechowujemy w lodówce. 
 
* W przepisie można pominąć dodatek bitej śmietany udekorowanej świeżymi wiśniami. Bez nich ciasto smakuje i wygląda równie znakomicie.
 
Smacznego!
 
Brownie z wiśniami i bitą śmietaną
Udało mi się jeszcze kupić truskawki na straganie u "mojej, ulubionej Pani". Małe pudełeczko, ciemnych i mocno czerwonych owoców wygrało konkurencyjną walkę o zakup z jeżynami, morelami i innymi sezonowymi owocami. Na nie jest jeszcze czas! A truskawki zaraz znikną... i jak co roku, jest mi bardzo smutno z tego powodu. Tak więc na pożegnanie sezonu mam dla Was mini pavlovy, czyli deser z wyjątkowo słodkimi truskawkami, powiedziałabym nawet, że z najlepszymi jakie jadłam tego lata. ;)
 
Mini Pavlova to pomniejszona wersja klasycznego deseru przygotowanego na cześć primabaleriny Anny Pawłowej. Najczęściej spotykany w formie jednego, większego tortu bezowego, udekorowanego bitą śmietaną i owocami. Osobiście uważam jednak, że przygotowanie kilku mini pavlov jest o wiele wygodniejsze. Unikamy wówczas niepotrzebnego ambarasu z krojeniem i rozpadaniem się bezy w trakcie wykonywania tej czynności. Mini pavlove prezentują się równie urodziwie, jak wersja tradycyjna, a ich wielkość jest odpowiednia, tak aby każda beza stanowiła osobną porcję dla jednej osoby. ;)
 
mini pavlovy z truskawkami
 
Składniki:
(na 8 sztuk)
bezy
  • 4 białka
  • 250 g cukru pudru
  • szczypta soli
do dekoracji
  • 200 g śmietany 36%
  • 2-3 łyżki cukru pudru
  • kilka truskawek (lub innych sezonowych owoców np. malin, borówek)
  • starta czekolada
Przygotowanie
Ubijanie bezy
Do czystego i suchego naczynia wkładamy białka dokładnie oddzielone od żółtek. Jest to bardzo ważne, ponieważ brudne lub mokre naczynie, a także nawet śladowe ilości żółtek mogą spowodować, że białka się nie ubiją.
 
Do białek dodajemy szczyptę soli i zaczynamy je ubijać, począwszy od najniższych obrotów miksera. Obroty miksera zwiększamy co minutę, nie przerywając ubijania. Po upływie około trzech minut z białek powinna powstać dość sztywna masa. Moment ten jest nazywany soft peaks, ponieważ powstała pianka tworzy na mieszadłach miksera wierzchołki. Na tym etapie należy szczególnie uważać, aby piany z białek nie przebić. Przebite białka to takie, które podchodzą wodą przy dnie naczynia, w którym są ubijane. Takich białek nie da się niestety wykorzystać i należy je wyrzucić.
 
Do ubitej piany z białek dodajemy łyżkę cukru pudru i miksujemy na prawie najwyższych obrotach miksera, do momentu aż cukier całkowicie się rozpuści i nie będzie widoczny. Dodajemy kolejną łyżkę cukru, ubijamy aż do zniknięcia cukru. Analogicznie postępujemy z pozostałą ilością cukru, dodając go, łyżka po łyżce, cały czas ubijając. Ważne jest, aby kolejną łyżkę cukru dodawać zawsze po całkowitym rozpuszczeniu się poprzednio dodanej łyżki. Na tym etapie nie ma już możliwości przebicia piany z białek, także można je ubijać dowoli. Cały proces ubijania piany z cukrem potrwa ok. 10-12 minut (w zależności od rodzaju miksera i jego obrotów). Gotowa, właściwie ubita piana bezowa jest sztywna, błyszcząca i bardzo gęsta, po wyłożeniu na blachę zachowa kształt.
 
Pieczenie bezy
Piekarnik nagrzewamy do 120 stopni, a blachę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia.
 
Masę bezową przekładamy na wcześniej przygotowaną blachę tworząc osiem jednakowych, małych okręgów, położonych w średnich odstępach od siebie. Na każdą mini pavlovą wystarczą około 2-2,5 łyżki piany bezowej. Aby uformować właściwy kształt bezy, brzegi każdego okręgu wyrównujemy wypukłą częścią łyżeczki, wykonując ruch od dołu do góry. Na samym środku bezy robimy małe wgłębienie, aby łatwiej było udekorować bezy po upieczeniu.
 
Uformowane bezy wkładamy do rozgrzanego piekarnika, pieczemy 30 minut. Po tym czasie, zmniejszamy temperaturę do 100 stopni, pieczemy około godziny. Po upieczeniu bezy zostawiamy w zamkniętym piekarniku do ostudzenia, a najlepiej na całą noc.
 
Mini pavlovy
Śmietanę ubijamy na sztywno wraz z cukrem pudrem. Wystudzone bezy delikatnie odrywamy od papieru do pieczenia. Na każdą z nich wykładamy łyżką ubitą śmietanę, a następnie dekorujemy kawałkami truskawek i startą czekoladą. Mini pavlovy podajemy bezpośrednio po przygotowaniu, ponieważ w miarę upływu czasu, beza zacznie się rozmiękać po kontakcie ze śmietaną i owocami.
 
Smacznego!
 
mini pavlovy
Pyszne i chrupiące bułeczki z ciasta drożdżowego, nadziane żółtym serem - idealna samodzielna przekąska lub zagryzka do piwa. Doskonale sprawdzą się także w sezonie wakacyjnym i grillowym, bowiem dobrze się przechowują i nie ma trudności w ich zapakowaniu na dalszą podróż. Myślę, że zasmakują zarówno młodszym, jak i starszym podniebieniom. W trakcie pieczenia możecie poeksperymentować z innymi dodatkami np. szynką, boczkiem, czosnkiem lub świeżymi ziołami - z pewnością wzbogacą one smak bułeczek.


Składniki:
(na 8 bułek)
  • 450 g mąki pszennej + do podsypywania
  • 7 g drożdży instant
  • 250 ml mleka
  • 1 łyżka cukru
  • 1 łyżka soli
  • 1 żółtko
  • 70 g roztopionego masła
  • 150 g tartego sera żółtego
dodatkowo:
  • mielona ostra papryka
Przygotowanie:
Mleko podgrzewamy w garnku na małym ogniu. Powinno być ciepłe, ale nie gorące. W osobnej miseczce krótko ucieramy roztopione masło wraz z żółtkiem.

Do dużej miski przesiewamy mąkę pszenną. Dodajemy do niej cukier, sól oraz drożdże. Dolewamy mleko oraz masę z masła i żółtka. Za pomocą drewnianej łyżki mieszamy całość, a następnie wyrabiamy aż powstanie gładkie i elastyczne ciasto, które nie będzie się lepić do rąk.

Z gotowego ciasta formujemy kulę. Przekładamy ją do miski, przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia w ciepłe miejsce, bez przeciągów, na około 60-90 minut. Po wyrośnięciu ciasto delikatnie zagniatamy i dajemy mu odpocząć przez kilka minut.

Wyrośnięte ciasto rozwałkowujemy na prostokąt o grubości 5 mm. Na połowie ciasta rozsypujemy starty żółty ser oraz czerwoną paprykę w proszku, przykrywamy drugą połową ciasta i delikatnie dociskamy, aby brzegi dokładnie się skleiły.

Powstały prostokąt kroimy wzdłuż krótszego boku na 8 pasków. Każdy z nich kilkakrotnie skręcamy. Tak powstałe paluchy, układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i odstawiamy na 20 minut do wyrośnięcia, a następnie smarujemy rozmąconym żółtkiem. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni. Pieczemy około 15 minut, aż paluchy będą rumiane. Po upieczeniu studzimy na kratce.

Smacznego!



Ten oraz inne przepisy na przekąski do piwa znajdziecie w dwunastym numerze
Magazynu Kocioł. Gorąco zachęcam Was do lektury! (kliknij na okładkę, aby przejrzeć magazyn).

https://issuu.com/dmk-kociol/docs/kociol_12_2016